Emmanuel Todd napisał w książce zatytułowanej "Klęska Zachodu" następujące słowa:
Internet był początkowo postrzegany jako narzędzie wolności, zanim zrozumiano, że jest również narzędziem nadzoru, jakiego wcześniej nie było. Wyższe warstwy powstającej oligarchicznej Europy dały się uwieść globalizacji finansowej i wpadły w pułapkę powszechnego rejestrowania danych.
My natomiast moglibyśmy dodać: "A powszechne rejestrowanie danych przyczyniło się do stworzenia gospodarki nadzoru, wytwarzania nadwyżki behawioralnej (to już nawiązanie do "Wieku kapitalizmu inwigilacji" Shoshany Zuboff) i przekształcania jej w jeden z najbardziej intratnych biznesów na świecie - rynek reklamowy oparty na targetowaniu behawioralnym. Tak swą potęgę finansową zbudowały Google, a następnie Facebook.
I tak przejmują też kolejne - ciągle jeszcze wolne - skrawki Internetu. I tak już coraz bardziej pozamykanego w ogrodach, a może bardziej w zagrodach. Określenie "cyfrowe ogrody" (ang. walled gardens), czyli bardziej dosłownie "ogrodzone ogrody", odnosi się do zamkniętych przestrzeni, w których toczy się życie. I nie sposób nie wymienić tu Facebooka, Instagrama, TikToka, Twittera/X, LinkedIna czy wielu innych.
To serwisy, z których możesz w pełni korzystać dopiero, gdy się do nich zalogujesz. A kiedy już to zrobisz, algorytmy będą czyniły, co w ich mocy, abyś szybko ich nie opuścił. Będą kusić dopasowanymi treściami, niekończącym się strumieniem grafik, materiałów wideo, komentarzy. Będą zachęcać, abyś oddał się konsumpcji tych owoców, niczym w Rajskim Ogrodzie.
"Twórz tam. Dyskutuj tam. Udostępniaj tam. Nigdzie nie wychodź. Nie musisz. Wszystko (co uważamy za stosowne) podamy ci u siebie" - zdają się przemawiać do nas algorytmy mediów społecznościowych.
Ale nie tylko one kuszą swą zamkniętością jako czymś, czego użytkownik oczekuje najbardziej i co będzie dla niego - zdaniem platform - najlepsze. W podobne tony uderzają przedstawiciele serwisów z innych branż, które także zauważyły w tej strategii szansę na wzrost zysków.
Spotify i Netflix starają się nakłaniać twórców do udostępniania treści na swoich platformach. Muzyka i film? Wydawałoby się, że to najbardziej wolne z form twórczości, jakie tylko możemy sobie wyobrazić. Ale nie w krwiożerczym, cyfrowym kapitalizmie. Tutaj chodzi o wyłączność. I tak rynek podcastów, który jeszcze kilka lat temu był powiewem świeżości, jakiego dawno w wirtualnym świecie nie zaznaliśmy, zaczął stawać się kolejnym polem bitwy o uwagę odbiorców nie tylko przez twórców audycji, ale coraz częściej przez platformy chcące mieć całe serie oraz ich autorów na wyłączność.
To doskonała podstawa do tego, aby w następnym kroku zwabić do siebie słuchaczy i widzów tych treści oraz spróbować zamknąć w swoim cyfrowym ogrodzie. Albo cyfrowej zagrodzie. I może nawet przez chwilę będzie nam tam dobrze, bo przecież ziemia ta sama, co po drugiej stronie ogrodzenia. Słońce i powietrze - także. Ale jednak po pewnym czasie zaczniemy odczuwać pewien dyskomfort. Skoro jesteśmy tu, to nie możemy już być tam - na zewnątrz. I nie dlatego, że nie chcemy, ale dlatego, że daliśmy się do tej zagrody złapać. Niby ten sam świat, a jednak zupełnie inny. I niby dalej żyjemy dla siebie, ale jednak coraz bardziej dla kogoś. Co z tego mamy? Już tylko to, co właściciel zagrody nam udostępni. I tyle, ile nam da. Czy to dalej nasza pełna wolność, którą mieliśmy? A może już bardziej "wolność" na czyichś warunkach? Co stanie się później? To już nie musi zależeć od nas. Choć nadal o nas będzie chodzić.
Ale może!
Nadal mamy wybór. Jak długo jeszcze? Tego nie wiemy, ale możemy podejrzewać. Im częściej będziemy zgadzać się na czyjeś warunki układania cyfrowego porządku, tym bardziej wolna przestrzeń będzie się zawężać.
Nie musimy zgadzać się na zamykanie rynku podcastów. Nie musimy zgadzać się na zamykanie rynku newsletterów (o zamknięcie którego - jak mi się zdaje - coraz bardziej zabiega chociażby Substack). Nie musimy zgadzać się też na zamykanie rynku filmów i seriali za bramą subskrypcji komercyjnych platform streamingowych.
Nie musimy też zgadzać się na tkwienie w serwisach społecznościowych (lub jak mówią niektórzy: antyspołecznościowych) big techów. Istnieje inny świat. Inne serwisy do komunikowania się. Chociażby te oparte na fediwersum, jak Mastodon.
Możemy też prowadzić blogi. To nadal wolna od korporacji nastawionych na zysk naszym kosztem przestrzeń.
Zatem ciągle jeszcze mamy wybór, po której stronie zagrody, w tym cyfrowym świecie, chcemy żyć. Ale jak długo będziemy go mieć? To nadal w dużej mierze zależy od naszych codziennych decyzji i wyborów. Choć impet, z jakim biegną w naszym kierunku właściciele cyfrowych zagród jest coraz większy.