Od lat tkwimy w świecie mediów społecznościowych. Tych, którymi sterują wielkie korporacje z miliardowymi zyskami. Tych, które pożerają kolejne elementy sieci. Tej sieci, która była niegdyś enklawą wolności i innowacyjności. Tej sieci, która nie należała do nikogo, bo była tworzona przez wszystkich. Na równych zasadach. Bez wielkiego kapitału. Oddolnie. Z pasji. I z potrzeby chwili.
Dzisiaj świat Internetu wygląda inaczej. Grupa korporacji zawładnęła naszymi umysłami. Stworzyła narzędzia, z których zaczęliśmy korzystać, bo przypadły nam do gustu. Spełniały nasze oczekiwania. Ale ich budowa, utrzymanie i rozwój kosztowały. My natomiast mieliśmy do nich dostęp za darmo. Tak nam się przynajmniej wydawało. Za darmo, bo nie musieliśmy płacić żywą gotówką za dostęp do tych narzędzi. Ktoś jednak był sprytniejszy i wpadł na pomysł, że "opłatę" można określić w inny sposób. Tak oto walutą cyfrowego świata stały się dane użytkowników.
Każda nasza aktywność w Internecie jest rejestrowana, mierzona, katalogowana i sprzedawana. Często bez naszej wiedzy. Komunikaty o tym, która strona je zbiera, co konkretnie zbiera, w jakim celu i czy na pewno jest to konieczne do funkcjonowania serwisu - często omijamy wzrokiem. Klikamy "akceptuj", bo nie chce nam się poświęcić czasu na czytanie długich i skomplikowanych formułek czy polityk prywatności. Nie chce nam się nawet rozwinąć menu, żeby wybrać, które dane i komu decydujemy się przekazać, a których wolimy nie udostępniać (o ile mamy wybór). Jesteśmy wygodni. I rozleniwieni. To też zasługa wielkich cyfrowych korporacji.
I te firmy bezwzględnie to wykorzystują. Znają nasze słabości, bo mają nasze dane. Znają nasze nawyki i są w stanie nas kontrolować. Nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ale też kiedy jesteśmy tego świadomi, jednak nie wykazujemy się inicjatywą czy asertywnością. Kiedyś rządziliśmy siecią, bo ją współtworzyliśmy. Wszyscy. Dzisiaj jesteśmy rządzeni, bo rządy przejęły korporacje.
Obserwujemy to w świecie mediów społecznościowych. Coraz częściej słyszymy o uzależniających właściwościach algorytmów. Niekończącej się rzece wpisów znajomych i nieznajomych. Bombardowaniem treściami dostosowanymi do naszych zainteresowań. To wszystko sprawia, że jest nam miło. Czujemy się zaopiekowani. Ale to także pułapka.
Od lat widzę, jak w tym świecie wygody i scrollowania poruszają się internauci szukający informacji. Kiedyś odwiedzali ulubione strony internetowe z wiadomościami. Dzisiaj oczekują, że te same wiadomości wyświetlą im się na Facebooku bądź X. Ale tam rządzi algorytm, a nie ich oczekiwanie dotyczące tego, co chcieliby, żeby im się wyświetliło.
Co w związku z tym?
Jeśli dziennikarz napisał artykuł i opublikował go na Facebooku, na którym karty rozdają algorytmy, musi tańczyć, jak mu grają. A tam rządzi polaryzacja, kontrowersja i sensacja. Więc przystosowuje swój materiał pod te zasady. Jeśli tego nie zrobi - nie będzie miał zasięgu. Jeśli nie będzie miał zasięgu - nie zdobędzie czytelników. Jeśli zdobędzie zasięg i zainteresowanie potencjalnych czytelników - może liczyć, że ktoś kliknie w link i przeczyta artykuł. Zapozna się z jego pracą, wokół której wyświetlają się reklamy. W taki sposób zarabia na treściach, które tworzy.
Tylko gdzie ten link?
Kiedyś dziennikarz wklejał link w okienko tworzenia posta na Facebooku. Facebook zaczytywał metadane (zdjęcie główne, tytuł, adres URL strony, nazwisko autora itd.). Ludzie klikali i czytali. Klikali, więc opuszczali Facebooka, żeby przejść na stronę wydawcy. Choćby tylko na czas czytania artykułu. To się Facebookowi nie podobało. Dlatego zareagował, bo nie w smak mu, aby użytkownicy opuszczali jego zamknięty ogród (ang. walled garden). Jeśli nie korzystasz z Facebooka (i innych serwisów zarządzanych przez algorytmy, w których to ty jesteś walutą, taki serwis nie zarabia. Albo zarabia mniej. A przecież nikt nie chce zarabiać mniej. Nie chce zarabiać mniej wydawca (który walczy z algorytmami i coraz bardziej się upokarza), nie chce zarabiać mniej wielka cyfrowa korporacja.
Linki w postach coraz częściej zaczęły więc być uznawane przez algorytmy Facebooka za spam. Nawet jeśli treść, która się za nimi kryła, nie była spamem ani oszustwem. Nawet jeśli treść posta z linkiem nie była spamem. Jednak na Facebooku to algorytm rozdaje karty, a nie dziennikarz, wydawca czy dowolny inny użytkownik.
Co musieli zrobić dziennikarze, skoro ich posty do artykułów były usuwane pod groźbą zablokowania fanpage'a? Zaczęli tworzyć grafiki, a linki wklejają w komentarzu. Walczą z algorytmem, z którym i tak nie mają szans. Walczą, bo chcą się utrzymać na powierzchni. Chcą zarobić na swojej pracy. Chcą, żeby czytelnik przeczytał ich artykuł. Żeby dowiedział się, że taki artykuł w ogóle istnieje. Wielu z potencjalnych czytelników nie dowie się tego, bo nawyk bezpośredniego wchodzenia na strony z informacjami wymiera w coraz większym stopniu. Jeśli nie wyświetlisz się na Facebooku - nie ma cię.
Cyfrowe korporacje liczą zyski - media liczą straty. Użytkownicy siedzą w mediach społecznościowych i nie zdają sobie często sprawy, że legitymizują wymieranie mediów. Błędne koło kręci się coraz szybciej.
Ale Facebook to nie wszystko. Jest jeszcze Google.
Google to SEO. Pozycjonowanie. To kolejne pole bitwy dla mediów, na którym także przegrywają. Wyszukiwanie treści, jakie znamy od ponad 20 lat i które napędzało sieć - odchodzi w zapomnienie. Zastępuje je sztuczna inteligencja. Wkrótce nie będziemy przeglądać listy linków do stron internetowych. Będziemy czytać streszczenia. Robot przeczyta artykuły za nas. W kilka sekund napisze swój i przedstawi go nam. Google stanie się nakładką na internet. Tak jak Facebook stał się ścianą pomiędzy dziennikarzem a czytelnikiem zmieniając nawyki korzystania z sieci.
Co to oznacza?
Twórca treści coraz bardziej oddala się od odbiorcy, bo mury stawiane przez cyfrowe korporacje są coraz grubsze, dłuższe, wyższe i szczelniejsze. Oni mają pieniądze i mogą te mury stawiać. Media nie mają za co kupić młota pneumatycznego, by je skruszyć.
Google to jednak nie tylko wyszukiwarka. To wiele różnego typu narzędzi. Ot chociażby Google Discover, który personalizuje kanał informacyjny m.in. na podstawie aktywności użytkownika w internecie i aplikacjach, historii oraz lokalizacji. Im więcej danych przekażesz do Google, tym celniejsze informacje dostaniesz. Na tyle celne, na ile uzna algorytm, którego zasad funkcjonowania nie zna w 100 proc. nikt poza Google, więc do końca nie wiesz, co dostaniesz.
I ta sama firma ogłosiła właśnie kolejne narzędzie dla wydawców. Profile wyszukiwania. Scharakteryzował te zapowiedzi krótko Paweł Nowacki, który w mediach nie jedno widział, a od lat zajmuje się m.in. doradztwem i rykiem subskrypcyjnym. Oto fragment jego wpisu na Facebooku:
Google nie próżnuje i teraz uruchamia profile wyszukiwania dla wydawców i twórców z dużą liczbą (100 > tys.) obserwujących. Ma to pomóc odbiorcom znaleźć dokładne, aktualne informacje o tych konkretnie źródłach w Search. Na początek w USA, ale do nas też dotrze...
Profile dają jedno miejsce do prezentowania najnowszych artykułów, filmów i postów w mediach społecznościowych. Użytkownicy mogą śledzić źródła dzięki czemu mają większą szansę zobaczyć takie treści w sekcji Discover, dostępnej na ekranie głównym w aplikacji Google.
Pierwszy problem to "100 > tys." To liczba dla USA. Być może w Polsce będzie obowiązywał inny próg. Ale to już teraz sygnał ostrzegawczy, że chociażby lokalne media znowu będą miały problem, żeby doskoczyć i przebić się przez mur (pamiętacie metaforę z młotem pneumatycznym?).
Zatem wydawca znowu będzie musiał walczyć o uwagę zmiennych algorytmów, żeby te wyświetliły jego treść jak największej liczbie użytkowników. Rosyjska ruletka na całego. Ale zapewne część mediów wygra. Nawet nie chcę zgadywać, że tych największych. Z największymi budżetami, zespołami ludzi, specjalistami od tego typu narzędzi. Mali mogą już dzisiaj gratulować sobie porażki. Dlatego nie mów mi, że Google to dobry partner dla branży mediów.
Ale wracając do meritum. Wiele wskazuje na to, że profile wyszukiwania to kolejne pole bitwy o zasięg. O uwagę "robotów" czytających Internet. One promują konkretne treści. Ale życie i świat nie zawsze dają historie, które algorytmy "lubią" i promują. Świat jest bardziej złożony i różnorodny niż zasady rządzące algorytmami.
Kilka lat temu napisałem, że nie jest łatwo być wydawcą w cyfrowym świecie. Zwłaszcza gdy są ludzie, którzy "wrzucą cię pod autobus", kiedy przyjdzie im na to ochota. Ci ludzie pracują w wielkich cyfrowych korporacjach, do których wszyscy się pchają. Drzwiami i oknami. Mówią, że muszą tam być, bo tam są odbiorcy. Nie wskazują alternatyw. Mówią, że muszą być TAM. Jakby alternatyw nie było. Alternatyw 1:1 nie ma. To prawda. Ale jest infrastruktura, która może być alternatywą. Znacznie lepszą. Jeśli tylko się do tego przyłożymy. Ta alternatywa to Fediverse (ale o tym szerzej przy innej okazji).
Jak wyjść z tego klinczu? Odpowiedź może brzmieć: RSS.
Czym w ogóle jest RSS? To stary jak Internet format pliku używany do dystrybucji i udostępniania treści w internecie. Nie uciekaj. Teraz będzie prościej. To, czym jest RSS, jak działa i jak to draństwo odpalić na twojej stronie, nie powinno być twoim zmartwieniem, ale osoby, która zarządza twoją stroną (mówię do wydawców). To jej powiedz, że ma się tym zająć i ma utworzyć taki plik, jeśli jeszcze on na twojej stronie nie działa.
Jeśli masz już to za sobą, teraz będzie z górki. Wpisujesz w wyszukiwarkę internetową (celowo nie podaję nazwy produktu na "G", bo alternatyw jest od groma - kilkadziesiąt znajdziesz tutaj, a tutaj wyłącznie te, które stworzono w Europie) "czytnik RSS-ów" albo "RSS reader" i dostajesz mnóstwo wyników, a nawet porównań programów. Są takie, które możesz zainstalować na telefonie, komputerze czy uruchomić w przeglądarce. Jest mnóstwo opcji do wyboru.
Zdecyduj się na dowolny, który przypadnie ci do gustu. To, który wybierzesz, ma teoretycznie najmniejsze znaczenie. Zwłaszcza na początku.
Teraz będzie już z górki.
Po zainstalowaniu programu znajdź ikonę "+" lub przycisk "add source" czy coś w tym rodzaju (zależy od programu) i wklej w okienko na ekranie adres strony internetowej. Na przykład tej, którą teraz czytasz, a więc https://bastianlab.pl.
Program chwilę pomyśli i wyświetli ci listę najnowszych artykułów opublikowanych na bastianlab.pl. Będzie sprawdzał tę stronę (i każdą, którą dodasz do czytnika) regularnie, a ty po każdym uruchomieniu czytnika RSS otrzymasz chronologiczną listę najnowszych nieprzeczytanych artykułów. Dodaj sobie kilka ulubionych stron internetowych, blogów itd. W ten sposób będziesz zawsze na bieżąco.
Dlaczego to lepsze rozwiązanie?
Tam nie ma algorytmów. Tam nie ma big techów. Tam nie ma profilowania twoich zachowań i aktywności w sieci. To ty decydujesz, co czytasz. Ty wybierasz źródła. Możesz czytać artykuły w czytniku albo przechodzić bezpośrednio do artykułów na stronach, na których zostały opublikowane. Wiele czytników ma wbudowane przeglądarki internetowe, więc wystarczy kliknąć w tytuł artykułu, a strona z jego treścią po sekundzie się załaduje.
Jak to działa u mnie?
W moim czytniku RSS, który jest aplikacją dostępną na smartfony i na komputery, mam 159 źródeł. 159 różnych stron. Mam w nim m.in. strony tytułów prasowych, które opłacam w formie subskrypcji. Lista artykułów na bieżąco się aktualizuje. Ja wybieram jeden z nich, klikam w tytuł i ładuje mi się jego treść we wbudowanej przeglądarce wewnątrz aplikacji. Tam się loguję swoimi danymi, system weryfikuje, że mam opłaconą wcześniej subskrypcję i mam pełen dostęp do treści. Wszystko z poziomu jednej aplikacji. Przy kolejnych artykułach logować się już nie muszę. Czytnik mnie zapamiętuje.
Nie muszę "z palca" wpisywać adresów 159 stron internetowych. Wszystko mam w jednej aplikacji. W jednym programie. Posegregowane tematycznie: "Wiadomości", "Sport", "Blogi", "Media" itd. To ja decyduję, jak sobie te źródła poukładam. Ja. Nie żaden algorytm.
A teraz wyobraź sobie taką sytuację...
...prowadzisz stronę z informacjami. Codziennie piszesz artykuły. Większość twoich czytelników korzysta z czytników RSS, więc nie musisz stosować żadnych idiotycznych sztuczek ani clickbaitów, żeby przebić się przez ścianę algorytmów i dotrzeć do tych 10 czy 15 proc. spośród wszystkich obserwujących twój fanpage.
Ty piszesz artykuł, ty dajesz adekwatny (a nie podkręcony) tytuł, czytelnik dostaje konkretną informację, tytuł, który nie uwłacza jego inteligencji. Słowo klucz: "dostaje"! Jeśli włączy czytnik RSS, na pewno ta informacja mu się wyświetli. Żaden algorytm go nie ukryje. Jeśli nie zaglądał do czytnika przez dwa dni, dostanie listę wszystkich artykułów, które opublikował w ciągu dwóch dni.
Ty piszesz - czytelnik czyta. Zero pośredników, którzy próbują z ciebie zrobić idiotę, a użytkownika uzależnić od swoich algorytmów przy okazji wyświetlając mu tam jakieś wiadomości. Czy to nie jest lepsze rozwiązanie? Pozbywasz się muru. Tylko ty, twój czytelnik i informacja, którą chcesz mu przekazać. Ze źródła, które on obserwuje.
Korzystam z czytnika RSS co najmniej od 2007 roku, a więc od 19 lat. Wiem, że to działa. Jestem na bieżąco. Nie polegam na algorytmach. Dodaję nowe źródła, usuwam inne. To ja decyduję.
Jest tylko jeden problem.
Na tym świecie mało kto wie o istnieniu RSS-ów. Mało kto korzysta z czytników RSS. Są to głównie osoby, które interesują się branżą tech. Wśród "zwykłych" użytkowników próżno szukać wiedzy na temat RSS-ów. Próżno jej szukać także wśród wielu wydawców mediów w Polsce. Zwłaszcza w mediach lokalnych.
I tutaj zaczynają się schody. Najpierw trzeba dotrzeć do tych wydawców. Wytłumaczyć im. Pokazać, jak to działa. Następnie oni powinni zacząć korzystać z czytników RSS i przekonywać swoich czytelników do tego, żeby zaczęli robić to samo.
Jak to zrobić? W pojedynkę będzie trudno. Ale przy akcji "Politycy! Nie zabijajcie mediów" z 2024 roku jakoś dało się zjednoczyć ponad medialnymi podziałami. Ręka w rękę szli mali i duzi. Lokalni i ogólnokrajowi wydawcy. Zrobili szum, jakiego dawno nie było. I zaczęli walczyć o swoje.
Teraz też mogą. Już wiedzą, jak. Wystarczy chcieć. Ale najpierw - zanim zacznie się docieranie do czytelników, trzeba dotrzeć do wydawców. Ty już wiesz, jak działają RSS-y. Dowiedziałeś się tego ode mnie. Więc pomóż mi przekonać innych, że to ma sens.
Fot. Joshua Rivera / Unsplash